Matka w lesie

Dysplazja bioder- dzisiaj to nie wyrok.

Mam dysplazję lewego stawu biodrowego. Leczoną operacyjnie, bo została wykryta dopiero w 4. miesiącu życia. Za dysplazją poszła znaczna skolioza kręgosłupa. Po 3 dekadach życia postępuje zwyrodnienie biodra. Z bólem można żyć, ból podobno uszlachetnia ha! Ale gdy na badaniach preluksacyjnych lekarz poinformował mnie o poważnej dysplazji obustronnej mojego syna, myślałam, że dostanę zawału… To był pierwszy tydzień wyjęty z życia matki, o drugim piszę tutaj.

Dziś na szczęście bada się wszystkie niemowlęta po pierwszym miesiącu życia. Dziś nikt z lekarzy nie bagatelizuje tego problemu, który w prostej drodze prowadzi do inwalidztwa, a któremu można z wielką pewnością zaradzić. Gdy pierwszy lekarz poradził pieluchowanie Mikołaja, zmieniłam natychmiast lekarza. Wiedziałam, że to nie wystarczy. Drugi lekarz zalecił szelki, stwierdzając, że przy dysplazji II i III stopnia pieluchowanie nic nie da.

Szelki nosi się praktycznie cała dobę. Zdejmuje jedynie do kąpieli, choć ja uwalniałam nóżki także podczas przebierania pieluchy, żeby choć na chwilę Mikołaj mógł je wyprostować. Widok ciasno spętanego dziecka, które spędzi tak nawet kilka miesięcy, nie jest przyjemny. Ale zapewniam, że bagatelizacja zaleceń będzie jeszcze gorsza.

Syn spędził w szelkach 1,5 miesiąca, potem miał miesiąc przerwy, ale organizm nie chciał zdrowieć samodzielnie, więc znów na cały miesiąc musiał zostać zaszelkowany. To była droga długa i ciężka, ale nic w porównaniu do tego, co musiała przejść moja mama ze mną, jeżdżąc co kilka lat do stolicy na kolejną operację. Szelki to jest nic! Szczególnie, że finalnie biodra Mikołaja ukształtowały się prawidłowo i można było stwierdzić oficjalnie, że dysplazja została wyleczona!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *